wtorek, 20 stycznia 2009

nostalgia?

Ciepło kuchennego węglowego pieca, drzwiczki rozgrzane niemal do czerwoności, od blachy bucha żarem i zapachem gorącego metalu. Ciepło, upał niemal. I sterta ziemniaków do obrania; równych mniej więcej rozmiarem, i obieranie – długie strugi obierzyn lądujące w wiadrze podstawionym pod nogi. I dorzucić do pieca, i przegarnąć pogrzebaczem, zamknąć drzwiczki, niemal parząc sobie palce.

Obrane ziemniaki lądują z chlupotem w garnku, do połowy zapełnionym wodą. Jeszcze tylko płukanie i przerodzą się w rosnący na głębokim talerzu stos plasterków. Lądują na blasze, rozkładane troskliwie z dala od żaru – tam, gdzie się powoli pieką; przewracane syczą chwilę, po blasze toczą się znikające kropelki wilgoci, kuchnia zapełnia się zapachem pieczonych ziemniaków... część z nich, posypana kminkiem i obtoczona w mące, trafia do piekarnika – ułożone na blasze i wsunięte w gorące wnętrze błyskawicznie schną i pokrywają się białawym mączastym nalotem.

Długim nożem o półokrągłym zakończeniu, którym kroi się tak łatwo piszingera z masą z mleka, cukru i masła, dokładnie roztartą w głębokiej brązowej makutrze; tym właśnie długim nożem podważam plasterki, sprawdzając czy to już, a potem parząc palce, wargi i zęby jem upieczone – często nie do końca – plasterki, posypane solą lub maczane w solniczce; połykam gorące, nie do końca pogryzione kawałki, ciągle rozkładając na blasze kolejne porcje. Najsmaczniejsze są te, których brzegi zdążyły się już porządnie przypiec, przypiec na brązowo, albo te, których nie udało się prosto ciachnąć i ich wysokość nie jest równa – węższa część błyskawicznie schnie, potem żółknie i brązowieje: i wtedy wiem, że to już.

Ziemniaki w piekarniku parują zapachem kminku, jeszcze trochę i trafią na talerz, zajmą miejsce obok śledzi, które wymoczone przez dwa dni i dwie noce w miednicy, w kilkakrotnie zmienianej wodzie, pozbyły się nadmiaru soli, a wyfiletowane i pokrojone na kawałki ścisnęły się w słoju, przełożone cebulą i zalane olejem.
Kroję ziemniaki na połówki, nożem robię w nich szczelinę, w którą wtykam listek masła, posypuję solą, zagryzam śledziami. Na talerzu obok stygną powoli upieczone na blasze ziemniaczane talarki.
Ciepło.

*

Jakim cudem trafiłem do tej kuchni, w miejsce, które już od dawna inaczej wygląda, w miejsce koło pieca, do którego od lat nie nosiłem węgla, po dwa lub cztery nawet wiadra, na – bagatela! – czwarte piętro czerwonej poniemieckiej kamienicy. Jakim cudem poczułem żar z otwartych drzwiczek; żar, od którego płonęły mi policzki. Jakim cudem poczułem zapach pieczonych na blasze ziemniaków i solonego, wymoczonego śledzia w oleju, kupowanego z pokrytej białym nalotem soli, wilgotnej zawsze beczki, która stała tuż pod ręką sprzedawczyni, bo któżby tam jadł dorsze, skoro tylko gówno gorsze? śledzie to co innego – szlachetna to ryba, mimo swojej powszechności i przaśnosiermiężnego smaku. Jakim cudem trafiłem do kuchni, wąskiej, nieustawnej, ze spiżarką koło okna. Jakim cudem... skoro za jej drzwiami nie było przedpokoju, była tylko pusta ciemność.
Jak ja tam wszedłem?
26.10.2002

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz