ale tkwimy po uszy - czy nam się to podoba, czy nie - w układzie współzależności, na który wpływ ma tak wiele czynników, którym rządzi tak wiele zmiennych, nieobliczalnych zmiennych, że można jedynie marzyć o tym, żeby móc wywrzeć na nie jakikolwiek wpływ...
można planować na dzień, na tydzień, miesiąc, rok wreszcie - a wystarczy drobny kamyczek, drobne wydarzenie, przypadkowo spotkana osoba, żeby wszystko wzięło – i to w łeb w sposób ostateczny i nieodwołalny...
tkwię w matrixie i nie mam najmniejszych szans na uniknięcie jego reguł, na wyrwanie się z jego ram: nie ucieknę od brudnych gaci i dziurawych skarpetek, od nieogolonej gęby i zaparowanego lustra, od wiecznych pretensji i problemu smugi dymu snującej się po kuchni, nie ucieknę od chwilowego azylu i zamkniętych drzwi - znowu jest rano i znowu muszę otworzyć drzwi...
Neo poszybował; ja nie mam szans na lot...
13.10.2001
*
Dodam do tego teraz-i-tu, w dziś, w jakim jestem, zanim stanie się wczoraj, że to także niepowstrzymana konieczność robienia rzeczy, których się nie chce i nie powinno robić, mówienie słów, których się nie chce i nie powinno mówić.Możliwe, że mam pierdolca, ale bez względu na to, czy decyduję się walczyć czy nie - efekt jest ten sam, i to bez względu na to, jakim wysiłkiem i jakimi sposobami tę walkę prowadzę.
Mam wszystko złożyć na nieuchronne fatum? Na to, że ktoś tym steruje? Bzdura - jeśliby miał sterować, to jego złośliwość przerastałaby dokładnie wszystkie możliwe i niemożliwe wyobrażenia.
Wolę wersję matrixa - determinowania rzeczywistości przez pozornie na siebie nie wpływające, oddalone w czasie i miejscu czynniki.
Bo... przecież chyba nie ma białego królika?
26.01.2003
*
Od pewnego czasu mam poczucie, że tkwię w nierzeczywistości. Poczucie, które się pogłębia - bo oto ci, którzy siłą głosów elektoratu mają decydować o moim tu-i-teraz zachowują się jak przedszkolaki wyrywające sobie opatkę i viagerko w piaskownicy pełnej psich gówien. Coraz większą goryczą napełnia mnie fakt, że jest to proces, który się stale nasila i pogłębia.Oto posieł błazen etatowy wymachuje wibratorem, oto posieł bullterier etatowy bezkarnie rzuca kalumniami w kogo tylko może (i nie może też), oto głowa państwa jedzie sobie beztrosko w strefę zakazaną, oto trzeci po bogu pod wpływem ujadającej sfory wywala swojego ministra. I tak dalej.
A na boku leci bicie piany wokół najnowszego prezydenta braterskiego zaoceanicznego narodu. Jakby miał być nowym generałem na białym koniu, który przyjedzie i od razu będzie wszystko OK. Zagalopowałem się - może nie wszystko, ale wizy na pewno.
22.01.2009

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz